Wychowanie czy chowanie?
Ile razy słyszymy: "Jak ty wychowujesz to dziecko?! Może w końcu byście zaczęli (Go, Ją, Ich) wychowywać, bo patrz, jak się zachowuje!"
Tak zwana ciocia dobra rada... Prawda jest jednak taka, że nie ma jednego, uniwersalnego "przepisu" na wychowanie dzieci.
Istnieją różne style wychowywania. Mówi się, że styl zrównoważony jest najlepszy – taki, w którym dziecko ma największe szanse na harmonijny rozwój. W praktyce oznacza to, że my, dorośli, stawiamy wymagania, ale także uwzględniamy potrzeby i możliwości dziecka. Tłumaczymy nasz punkt widzenia, jednocześnie uważnie słuchamy, co dziecko ma do powiedzenia. Prosto mówiąc – jest to równowaga.
Styl autorytarny to już zupełnie inna historia – wymagania i oczekiwania są bezwzględne. Tutaj króluje lęk, sztywna kontrola, system kar i nagród. Z kolei styl permisywny to zupełne przeciwieństwo – rodzic, "zagłaskując na śmierć", nie stawia zasad ani granic. Rodzice w takim stylu są troskliwi i opiekuńczy, ale ich tolerancja bywa niemal bezgraniczna.
Co ciekawe, styl autorytarny i permisywny mają wspólną podstawę – lęk przed nieprzewidywalnym zachowaniem dziecka. Rodzice autorytarni dążą do dostosowania dziecka do zasad, natomiast rodzice permisywni dostosowują zasady do dziecka. W obu przypadkach celem jest to samo: kontrola nad dzieckiem.
Musimy jednak zrozumieć, że każde dziecko ma swoje granice. Nie możemy oczekiwać ich przestrzegania, jeśli sami ich nie szanujemy.
Przyznaję, zdarzało mi się popadać w skrajności. Często przyjmowałam styl autorytarny, by potem zauważać swój błąd i przechodzić w stronę permisywności. Jednak zasady były dla mnie zawsze ważne. Dziś staram się słuchać i jednocześnie tłumaczyć, choć czasem wydaje mi się, że mówię za dużo.
Skąd to się bierze? Z mojego dzieciństwa. Taki prosty przykład, w moim domu rodzinnym zwracano uwagę na to, abym mówiła dzień dobry, potrafiłam niezły opiernicz dostać jeśli tego nie zrobiłam. Odezwać się nie mogłam, gdy dorośli rozmawiali a jak już coś takiego się zdarzyło, to dopiero było... Moje zdanie? Jakie moje zdanie! Jak będę dorosła, to będę mogła mieć swoje zdanie i będę sobie rządzić... I zobaczymy, jak porządzisz ! Czyli dzieci i ryby głosu nie mają, do pewnego momentu to się sprawdzało, potem już nie, byłam buntowniczką. Kiedyś, tak po prostu było, nie ma co o tym rozprawiać.
Natomiast pewne zasady, są we mnie zakorzenione.
W moim domu dzieci mają głos, mój był nie słyszalny, już jako dziecko wiedziałam, że w wielu sytuacjach miałam rację, albo inaczej, że dorosły się myli i to bardzo. Byłam szalenie empatycznym dzieckiem, nigdy nie chciałam aby ktoś tak źle się poczuł, jak ja. Wiedziałam, jak bardzo jest potrzebne poczucie bezpieczeństwa, poczucie miłości rodziców, dziadków, ludzi tych najbliższych dziecku. Ja, jako dziecko miałam zaburzone to poczucie, najprawdopodobniej było to spowodowane wiedzą, że rodzina w której się wychowuję, nie jest moją biologiczną rodziną, choć nie tylko dlatego...
To nauczyło mnie, jak bardzo istotne jest wsparcie, jakie dajemy dzieciom. Każde dziecko powinno być kochane, szanowane i mieć poczucie bezpieczeństwa.
Jednak prawda jest taka, że nawet najlepszy styl wychowawczy nie zagwarantuje, że nasze dzieci wyrosną na idealnych dorosłych – pełnych empatii, szacunku dla innych, radzących sobie z emocjami. Dziecko z rodziny, w której brakuje opieki, może w dorosłym życiu świetnie sobie radzić. Czasem wystarczy jeden dorosły – nauczyciel, sąsiad, ktoś, kto pokaże mu inną drogę. Z drugiej strony, dziecko z pełnego miłości domu może zboczyć na destrukcyjną ścieżkę, mimo troski i wsparcia rodziców. Ważną rolę odgrywają tu czynniki takie jak temperament, charakter czy zdarzenia losowe.
Musimy pamiętać, że dziecko to odrębna istota. Nie musi lubić tego, co my. Nie musi podążać naszą ścieżką. Naszą rolą jako rodziców jest kochać, szanować, wspierać, tłumaczyć, stawiać granice i uczyć podejmowania decyzji oraz ich konsekwencji.
A co dalej? Zobaczymy!